NEWS

Bieżące informacje z klubu

NAZYWAM SIĘ … ALEKSANDR GOLOVIN

Kontynuując nasze spotkania z zawodnikami LOTOS PKH Gdańsk, zaprosiliśmy na rozmowę napastnika naszej drużyny – Aleksandra Golovina, aby porozmawiać o jego barwnej karierze oraz wspomnieniach z Mistrzostw Świata i draftu NHL.

Alex, urodziłeś się w Ust-Kamienogorsku na wschodzie Kazachstanu. Czy to właśnie tam zacząłeś swoją hokejową przygodę? Jak do tego doszło i jak wspominasz tamte czasy?

Cześć. Tak, to właśnie tam wszystko się zaczęło. Miałem wtedy 7 lat. Pewnego dnia do szkoły przyszedł trener lokalnej drużyny i powiedział, że jest nabór do sekcji hokejowej klubu i jeśli ktoś jest chętny to zaprasza na trening. Poszedłem i tak już zostało.

Kilku hokeistów, w tym Anton Khudobin czy Yevgeni Nabokov, rozpoczęło swoją karierę w miejscowym Torpedo i z powodzeniem wybiło się, grając później na najwyższych poziomach w Rosji czy NHL. Uważasz, że chłopakowi z tego miejsca łatwo jest się wybić?

To wszystko zależy indywidualnie od każdego człowieka. Jeśli włożysz dużo zaangażowania, przystosujesz się do panujących warunków i będziesz chciał grać, to jak widać jest to do zrealizowania. Jeśli chodzi o warunki to mieliśmy kilku trenerów, oni zwracali uwagę na każdego z nas i starali się od samego początku “cisnąć” tych najbardziej uzdolnionych chłopaków.

Twoje pierwsze seniorskie występy to druga drużyna Avangard Omsk w mieście oddalonym o około 1000 km od Twojego miejsca urodzenia. Miałeś wtedy 15 lat. Jak to się stało, że tam trafiłeś?

To w ogóle ciekawa sytuacja. Dwa roczniki dostały po prostu ofertę wyjazdu do Rosji, do Omska i się na to zdecydowałem. Miałem opcję rozwinięcia się hokejowo i oczywiście kontynuować naukę, więc nic nie stało na przeszkodzie.

Przez pierwsze trzy lata grałeś na trzecim poziomie w Rosji właśnie w ramach rezerw Avangardu. Jak wyglądały wasze podróże, mając na uwadze duże odległości pomiędzy miastami? Czy dla młodego organizmu było to duże obciążenie?

Prawda jest taka, że podróżowało się tak, jak się dało. Czasem autobus, czasem jakiś pociąg, a jak byliśmy już pełnoletni to zdarzało się latać samolotami. To duży kraj, jeśli chcesz grać w tę grę, to po prostu musisz to zaakceptować. Czasami bywało ciężko, no ale jest jak jest – to dla nas część pracy.

Nadchodzi rok 2001 i Mistrzostwa Świata Juniorów do lat 18, na których zdobywasz 5 punktów i drużynowo złoty medal. Co możesz nam powiedzieć o tamtych zawodach? Jak to jest wygrać tak prestiżowe trofeum w takim wieku? Czy coś się zmieniło w sposobie postrzegania hokeja przez Ciebie?

To była bardzo dobra i mocna drużyna. Wielu z tych chłopaków grało potem na najwyższym poziomie. Z perspektywy czasu muszę powiedzieć, że jak wygraliśmy Mistrzostwa Rosji w swojej kategorii wiekowej to były większe emocje. Ale potem dociera do Ciebie, że tutaj reprezentujesz swój kraj, walczysz o niego i to też jest niesamowite przeżycie. Dla mnie to niewiele zmieniło, starałem się zwracać uwagę na swoją grę i błędy, tak samo jak wcześniej, chociaż wiadomo – po takim sukcesie skauci zaczynają Cię obserwować i śledzić karierę.

Kilka miesięcy później zostajesz wybrany w szóstej rundzie draftu przez Chicago Blackhawks. Jak to wyglądało z Twojej strony? Miałeś jakieś rozmowy ze skautami różnych klubów? Agenci się z Tobą kontaktowali? I w jaki sposób oraz kiedy dowiedziałeś się o fakcie wybrania Cię przez drużynę z NHL?

Ze mną przed wyborem nikt nie rozmawiał, z resztą wiesz, zostałem wybrany w szóstej rundzie. Z niej nie jest łatwo trafić do NHL. Ja sam o swoim wyborze dowiedziałem się z gazety. NHL to nie tylko sport, ale i biznes, każdy by tam chciał grać. Po samym wyborze też nikt się do mnie nie odzywał, więc musiałem się skupić na grze w swoim klubie. Z resztą, lista obserwowanych zawodników była długa i ciężko było się przebić.

Ostatecznie nigdy nie wyjechałeś grać na północnoamerykańskich lodowiskach – dlaczego? Czy Ty rozważałeś w ogóle taką opcję czy nie byłeś tym zainteresowany?

To były inne czasy, wyjechać byłoby trudno, zwłaszcza mając na uwadze, że już wtedy byłem bardzo bliski debiutu w pierwszej drużynie Avangarda Omsk. Chociaż gdyby pojawiła się taka szansa, to pewnie bym z niej skorzystał…

Największą gwiazdą młodzieżowej kadry w Twoim czasie był Ilya Kovalchuk. Jak wspominasz grę z tym zawodnikiem? Czy faktycznie wybijał się mocno na tle waszej grupy?

Ilya był bardzo dobrym zawodnikiem, nie bez powodu wybrali go z pierwszym numerem. Bardzo dobry snajper, strzelał wiele bramek. Ale to nie tylko on, bo w naszej ekipie było naprawdę wielu chłopaków z dużymi umiejętnościami.

Czy utrzymujesz kontakt z jakimś zawodnikiem z tamtej złotej ekipy?

Nie, tak naprawdę kontakt utrzymuję tylko z chłopakami z Omska, z którymi spędziłem kilka lat, grając razem.

Kolejne dwanaście sezonów spędziłeś na najwyższym poziomie hokejowym w Rosji, zdobywając w międzyczasie mistrzostwo w Omsku i wicemistrzostwo w Kazaniu. Jak wspominasz tamte trofea? Czy dla Ciebie znaczyły one więcej niż medal w rozgrywkach międzynarodowych?

To były fajne czasy, otwierało się wiele perspektyw, a ja ciągle byłem młody. Każdy z takich sukcesów kształtuje Cię jako zawodnika. Szkoda tylko, że z wygranej w Omsku nie dostałem żadnego medalu, bo po prostu nie starczyło. Mam za to wspomnienia, co też wiele dla mnie znaczy.

Grając wiele lat na tym poziomie, odbyłeś wiele długich podróży. Czy z czasem się do tego przyzwyczaiłeś? Jakbyś porównał obciążenia z tego czasu do tego, kiedy byłeś jeszcze juniorem?

Z czasem do tego przywykasz, chociaż wiadomo, czasem jest lepiej a czasem gorzej. Tutaj w Polsce to też nie jest dla nas nic obcego, bo przecież często podróżujemy kilka godzin na południe Polski, aby zagrać swoje spotkanie. Tyle, że tam kilka godzin spędzało się w samolocie, a tutaj w autobusie. To po prostu duży kraj i decydując się na grę wiesz, na co się godzisz.

Po swoim ostatnim sezonie w KHL, w którym zagrałeś 20 spotkań, zdobywając 6 punktów, przeniosłeś się na drugi poziom rozgrywkowy,, na którym spędziłeś 5 kolejnych sezonów. Jakbyś porównał te trzy różne ligi rosyjskie w których występowałeś? Jakie były największe różnice?

Każda z tych lig jest bardzo silna. Musisz mieć świadomość, że na Twoje miejsce czeka kilku chłopaków i w każdym ze spotkań trzeba dać z siebie sto procent. Im niżej, tym ta rywalizacja jest bardziej zaciekła, bo każdy chce się przebić.

Twoim następnym przystankiem był HK Sakhalin grający w lidze azjatyckiej. Jakbyś ocenił swój pobyt tam? Czy masz jakieś wspomnienia i historie, którymi chciałbyś się podzielić?

No to zupełnie inne życie i klimat. Z Moskwy leci się tam dziewięć godzin. To jest koniec kraju, tam można powiedzieć kończy się rosyjska geografia. Inni ludzie, kultura i zwyczaje. Pamiętam, jak zimą jeździłem na Morze Ochockie na ryby – to było ciekawe przeżycie. Śniegu dużo, przyroda bardzo fajna, samo miasto też bardzo przyjemne do życia. Mam stamtąd bardzo pozytywne wspomnienia. Sportowo spotykają się zawodnicy z wielu krajów, więc to też jest różna mieszanka kulturowa, każdy z nich gra trochę inny hokej, więc różnie to bywa.

Po dwóch całkiem przyzwoitych punktowo sezonach przeniosłeś się na rok do Rumunii. Jak to się stało, że po raz kolejny pokonałeś tyle kilometrów za nowym klubem? Czy miałeś jakieś obawy w związku z tą zmianą?

Zaczynałem coraz mniej grać, coraz więcej spędzać czasu w domu i chciałem coś zmienić. Pojawiła się okazja, żeby wyjechać to się przeprowadziłem. Nie miałem obaw, bo w tym samym czasie przechodzili tam Vyacheslav Belov czy Andrei Taratukhin, z którymi znałem się z Omska. Oni z resztą do dzisiaj tam grają i są zadowoleni.

Masz żonę i dwie córki. Czy gdy zmieniałeś klub, one przeprowadzały się razem z Tobą?

Dopóki córki nie chodziły do szkoły to tak, rodzina podróżowała ze mną. Ale kiedy pierwsza z nich zaczęła się uczyć to zostały w Omsku, żeby nie komplikować spraw z tym związanych.

Przed sezonem 2018/19 trafiłeś do Polski, do Orlika Opole, gdzie spotkałeś swojego znajomego z sezonu 2007/08 – Vladislava Yelakova. No właśnie, czy znajomego? Ty w tamtych rozgrywkach grałeś w pierwszej drużynie Avangardu, a on w drugiej. Mieliście okazję się wtedy poznać? Trenować razem?

Z Vladislavem nie mieliśmy czasu się jakoś często spotykać, chociaż zdarzało się czasem razem trenować, więc fajnie było mieć z kim pogadać.

Po niespełna trzydziestu spotkaniach zamieniłeś Opole na Gdańsk, nie po raz pierwszy zresztą, przechodząc do innego klubu w trakcie sezonu. Czy jest to trudna sytuacja dla zawodnika, kiedy nie ma czasu na takie pełne zgranie w okresie przygotowawczym? Czy fakt, że przechodząc do nas robiłeś to razem z Vladislavem ułatwiał tę przeprowadzkę?

Do czasu spędzonego w Opolu nie chciałbym wracać, różnie to bywało. Co do przechodzenia w trakcie sezonu wiadomo – są czasem braki zgrania, ale tutaj trochę ułatwiło właśnie wspólne przejście z Vladislavem. Znałem też Kostię Tesliukevicha, z którym miałem okazję grać THK Tver, więc wejście w drużynę było ułatwione. Reszta chłopaków też była pozytywnie nastawiona i wykazywała dobrą wolę, więc jestem bardzo zadowolony z przyjścia tutaj.

Jak się czujesz w Polsce po tym ponad roku spędzonym tutaj? Czy hokejowo coś Cię zaskoczyło? Jakie największe różnice mógłbyś wskazać pomiędzy tym co zastałeś tutaj, a czego doświadczyłeś na wcześniejszych etapach swojej kariery?

Jest fajnie, chociaż wiadomo – hokej nie jest tutaj sportem numer jeden. Z resztą przez ponad sześć miesięcy nie ma tutaj lodu, więc za każdym razem, rozpoczynając przygotowania musisz się na nowo “przyzwyczajać”. Ale wiadomo, każda liga to nowe wyzwania i na pewno się tutaj nie nudzę.

A czy sama gra w hokeja po tylu latach sprawia Ci jeszcze frajdę?

Sprawia, tak jak wspomniałem – nie nudzę się. Jak zacznę się nudzić i przestanie sprawiać mi to radość, to po prostu przestanę uprawiać ten sport.

A jak wygląda u Ciebie kwestia językowa – dużo rozumiesz po polsku? W jaki sposób porozumiewasz się w szatni z kolegami oraz trenerami?

Ciągle się uczę, rozumiem coraz więcej. Trenera już nauczyliśmy po rosyjsku (śmiech), z chłopakami też powoli się dogadujemy, więc nie mogę na to narzekać. Każdy jest bardzo pozytywnie nastawiony i dzięki temu jest dużo łatwiej.

Coś o kibicach w Gdańsku?

Robią wrażenie, są dla nas naprawdę jak dodatkowy zawodnik. Taka atmosfera jak na niedawnym meczu z Tychami bardzo dodaje sił, kiedy jest się na lodzie.

Czy poza hokejem masz jakieś hobby i zainteresowania, którymi zajmujesz się w wolnym czasie?

Lubię oglądać mecze, pograć na Xboxie i po prostu posiedzieć na kompie – ważne, żeby był internet.

Kilka lat temu w jednym z wywiadów wspomniałeś, że interesujesz się NBA i oglądasz tamtejsze mecze. Czy to nadal aktualne? A jak wygląda to w przypadku lig hokejowych takich jak KHL czy NHL?

Tak, czasem coś obejrzę. Zależy oczywiście od tego o jakiej godzinie jest mecz, ale staram się śledzić czy to NBA czy właśnie NHL.

Przygotowując się do tej rozmowy trafiłem na artykuł, który wspominał o Twojej pracy jako asystent trenera na młodzieżowym obozie hokeja. Czy często Ci się to zdarza? Jest to coś czym chciałbyś się zająć w przyszłości?

Kiedyś się zdarzało, to fajne przeżycie. Ja od dziecka gram w hokeja i tak na prawdę to jedyna rzecz jaką potrafię, więc na pewno będę starał się robić coś związanego z hokejem.

Niedzielne spotkanie z KH Energą Toruń jest ostatnim w tym roku, a do treningów wrócicie 27 grudnia po południu. Jakieś plany na te kilka dni wolnego?

Zostaję w Gdańsku, tych dni przerwy nie ma za wiele, więc postaram się po prostu odpocząć. Umówiliśmy się z resztą z Jankiem (Yan Krasovsky – przyp. red), że sobie pospacerujemy gdzieś w wolnym czasie.

Dziękuję bardzo za rozmowę, życzę powodzenia w niedzielnym pojedynku i przede wszystkim zdrowia!

Dzięki!

 

Fot. Maciej Kołek, rozmawiał Patryk Iwaniuk, tłumaczył Waldemar Miksa