NEWS

Bieżące informacje z klubu

NAZYWAM SIĘ … DAMIAN SZUROWSKI

W sobotnie południe spotkaliśmy się z obrońcą naszej drużyny – Damianem Szurowskim, aby porozmawiać o jego karierze, jej początkach, a także różnicach pomiędzy rozgrywkami w Polsce oraz Szwecji.

Cześć Damian, zacznijmy może od samego początku – urodziłeś się i prawie całe życie spędziłeś w Szwecji, chociaż Twoi rodzice są Polakami. Jak doszło do tego, że znaleźli się oni poza granicami kraju i czym się zajmują?

Cześć, to całkiem śmieszna historia. Moja mama jest z Białegostoku, a tata z Sosnowca. W wieku dwudziestukilku lat pojechali osobno na wakacje do Szwecji, tam się poznali i zdecydowali zostać. Obecnie mama pracuje w szpitalu, a tata w branży IT.

Nie jesteś jedynakiem – masz młodszego o osiem lat brata. Czy zdarzyło się wam razem trenować?

W klubie nie, różnica między nami jest zbyt duża. Za to latem, kiedy jesteśmy razem, trenujemy jakieś strzały czy podania na bramkę, którą mamy w domu.

A jak wygląda sprawa z językiem? Mówiło się u was po polsku?

Tak i nie. Rodzice woleli mówić do nas po polsku, ale dla nas dużo łatwiej było odpowiadać im po szwedzku.

No właśnie, jak wyglądała Twoja sytuacja językowa po przyjściu do Cracovii? Miałeś jakieś problemy? Czy w trakcie meczu ten język ma jakiekolwiek znaczenie, skoro jest to taki szybki sport?

Po przyjściu do Krakowa nie miałem problemu z rozumieniem tego co się do mnie mówi. Dużo gorzej było z wypowiadaniem się po polsku. Teraz jest dobrze, ale wtedy łatwiej było mi rozmawiać po angielsku. No i zdarzały się słowa, których w domu się nie używało – jak na przykład “bulik” – totalnie nie wiedziałem czego chce ode mnie trener, mówiąc “podjedź bliżej bulika”. W trakcie meczu nie ma to większego znaczenia, bo tak jak mówisz, jest to bardzo szybki sport i jest czas jedynie na jakieś krótkie zdań.

Co do Twojej kariery, to pierwsze mecze w seniorskich rozgrywkach zaliczyłeś w sezonie 2011/12, kiedy to rozegrałeś dwa mecze w Division 1 (trzeci poziom rozgrywkowy). Kolejne dwa sezony dzieliłeś pomiędzy rozgrywkami juniorskimi a Division 2. Czy to był dla Ciebie duży przeskok? Jak w Twoim przypadku wyglądało to łączenie obowiązków?

Faktycznie, dość wcześnie dostałem pierwsze mecze w seniorskiej drużynie. To był duży przeskok dla mnie zwłaszcza, że zawsze byłem dość szczupły, i o ile w pojedynkach na umiejętności nie czułem się słabszy, to w starciach fizycznych było początkowo ciężko. Jeśli chodzi o grę w dwóch drużynach to był to okres kiedy praktycznie wcale nie trenowałem. Grałem w U20 i seniorach i jeździłem z meczu na mecz. To ogólnie jest taki znak szwedzkiej mentalności – młody zawodnik ma grać jak najwięcej, bo w ten sposób najlepiej się rozwija.

Jak porównałbyś w takim razie tamten okres do tego, co masz teraz w Polskiej Hokej Lidze czyli mecze wtorek, piątek, niedziela? Trenerzy dość często w wywiadach podkreślają, że to duże obciążenie dla drużyny zwłaszcza, gdy do tego dochodzą kilometry dzielące nas a resztę hokejowej Polski.

I wtedy i teraz było dość intensywnie. Dla mnie najgorsze są właśnie te podróże, bo grasz naprawdę ciężki mecz, a potem wracasz tym autobusem kilka godzin. Często dość trudno jest zasnąć, jesteś obolały, a do domu wracasz w środku nocy czy nawet nad ranem. Wiadomo, możesz się wtedy położyć, ale całego dnia też nie możesz przespać, więc o tę regenerację nie jest łatwo. Fajnie, że klub załatwił nam wejścia na basen, bo zimna woda ma dość duży wpływ.

W swojej juniorskiej karierze i na czwartym poziomie punktowałeś znacznie lepiej niż w Division 1 czy chociażby w Polsce. W jakiej roli czujesz się lepiej – czy jest to gra we własnej strefie obronnej, czy ciągnie Cię do przodu z krążkiem?

Prawda jest taka, że zarówno w juniorach jak i Division 2 miałem dużo większą rolę w drużynie. Grałem w pierwszej formacji i w przewagach, więc tych okazji do zdobycia punktów było znacznie więcej. Potem moje zadania się zmieniły, dostałem więcej czasu w osłabieniu, gdzie o te punkty jest znacznie trudniej. Ja lubię o sobie myśleć jako o typowym two-way defenceman, który lubi rzucić się przed krążek, jednocześnie nie bojąc się go rozgrywać po drugiej stronie lodowiska. To też widać w tym sezonie, gdzie przecież mam więcej punktów niż w dwóch poprzednich sezonach łącznie. Po takim sezonie, gdzie masz dużo większą rolę obronną, chwilkę zajmuje przestawienie się na tryb “ofensywny”.

Przechodząc do tematu Cracovii. Trafiłeś tam przed sezonem 2017/18 i od razu wylądowałeś w pierwszej formacji. Czy zauważyłeś jakiś przeskok poziomów pomiędzy obiema ligami?

Poza językiem, jak wspominałem wcześniej, to powiedziałbym, że nie ma tutaj większej różnicy. Może hokej w Szwecji jest mniej chaotyczny i bardziej poukładany taktycznie. Dużym przeskokiem było dla mnie za to podeście do treningów, które w Krakowie znacznie różniły się od tego do czego przywykłem od małego. Z resztą teraz treningi u trenera Ziętary bardziej przypominają mi to, z czym miałem do czynienia w Szwecji.

A skąd wziął się pomysł wyjazdu do Polski? Sam załatwiasz swoje sprawy kontraktowe czy masz kogoś kto się w Twoim imieniu tym zajmuje?

Mam swojego menadżera, podpisałem z nim kontrakt w trakcie gry Division 1 i to on zajmował się tymi sprawami. Ja też chciałem spróbować czegoś nowego i innego niż dotychczas, dlatego jak dowiedziałem się, że jest opcja wyjazdu do Polski to byłem tym zainteresowany. Argumentem było też to, że Cracovia miała grać w Hokejowej Lidze Mistrzów, co brzmiało jak fajne wyzwanie.

Wracając do różnic pomiędzy polskim a szwedzkim hokejem – Mattias Enroth, który sędziował jedno z naszych spotkań, cytowany przez hokej.net, przyrównał nasze rozgrywki właśnie do Division 1, co pokrywa się z tym co mówiłeś do tej pory. Jakie największe różnice mógłbyś wymienić?

Do tego o czym wspominałem wcześniej czyli taktyki oraz treningów, dodałbym właśnie sędziów. Czasem nie wiem co tutaj się dzieje i dlaczego tak jest, co mecz zdarzają się takie sytuacje, a jednak sędzia też ma wpływ na mecz. W Szwecji większość sędziów rozmawia z zawodnikami, często znają się po imieniu i starają się wytłumaczyć, dlaczego podjęta jest taka, a nie inna decyzja. Tutaj tego nie ma, sędziowie obrażają się, jak chcesz z nimi porozmawiać. Jak sprawdzałem kiedyś na portalu eliteprospects.com to chyba żaden z nich nie grał profesjonalnie w hokeja. Może to jest problemem, że brakuje takiego doświadczenia po tej drugiej stronie.

Odchodząc już od tematu sędziów, bo pewnie moglibyśmy zrobić cały wywiad na ten temat, chciałbym Cię zapytać o twoje podejście do numeru formacji, w których występujesz. Przychodząc do Cracovii grałeś w pierwszej formacji, sezon później w trzeciej, a u nas zaczynałeś w czwartej. Czy to ma dla Ciebie jakieś znaczenie? Czy bardziej interesują Cię zadania, które masz zrealizować?

Wiadomo, zawsze chce się grać najwięcej, ale ważniejsze są dla mnie zadania, z których mam się wywiązać. Przychodząc tutaj wiedziałem, że zacznę w czwartej formacji, bo rozmawiałem na ten temat z trenerem Ziętarą, który miał po prostu skompletowaną kadrę. Przyjeżdżając do Gdańska, kondycyjnie odstawałem od wszystkich – jak robiliśmy “kółka” to zdarzało się, że chłopaki mnie dublowali. Z resztą to wszystko wynikało z tego, że praktycznie do lipca nie wiedziałem, czy jeszcze kiedykolwiek zagram w hokeja w skutek kontuzji z grudnia zeszłego roku.

No właśnie, czy mógłbyś powiedzieć nam coś więcej na jej temat?

To był mecz z Unią Oświęcim, dostałem łyżwą w rękę i zostały przecięte mięśnie i nerwy w nadgarstku. Lekarze na samym początku mówili, że więcej w hokeja nie zagram, ale ja się uparłem. Miałem rehabilitację pięć razy w tygodniu po trzy lub cztery godziny dziennie i jakoś się udało. Co tydzień miałem też ewaluację stanu mojej ręki i z czasem zaskakiwałem lekarzy, że tak szybko to się goi i regeneruje.

A jak jest teraz, czy to Ci jakoś doskwiera w trakcie spotkań?

W samej grze nie, natomiast nerwy w tamtym miejscu mają też funkcję związaną z temperaturą dłoni, przez co jak dłużej stoję na lodzie bez ruchu to czasem zrobi się trochę zimniej w tę rękę.

Musi być całkiem dobrze, zwłaszcza mając na uwadze twój rzut w meczu z Tychami. Przyznam, że taki zwód i wykończenie nie kojarzy mi się z typową grą obrońcy.

To jest zabawna historia. Ja zawsze wolałem pobawić się krążkiem niż po prostu oddać mocny strzał, ale musisz uwierzyć, że ten rzut karny to mój pierwszy strzelany karny w seniorskiej karierze. Wiadomo, na treningach się ćwiczy różne opcje i to właśnie przed jednym z karnych powiedziałem w żartach do trenera Rączki, że jak teraz strzelę to następny będzie w meczu, a on z uśmiechem powiedział, że spoko. Pojechałem, zrobiłem Datsyuka i udało mi się trafić. Potem przyszedł mecz z Tychami i te karne. Ja po dogrywce miałem takie skurcze, że od razu po niej poszedłem do szatni po magnez, bo ledwo mogłem chodzić i wróciłem na ławkę, żeby obejrzeć najazdy z resztą drużyny. Właśnie wtedy trener mówi do mnie, że jadę z trzecim. Myślałem, że sobie żartuje i nie chciałem mu uwierzyć, ale on to ciągle powtarzał i jak się okazało wcale mnie nie wkręcał. Wyszedłem na lód, stresik był bo przecież mamy wielu zawodników, którzy dobrze wykonują karne ale pojechałem i zrobiłem to samo co na treningu. Byłem tak szczęśliwy, że następnego dnia nie pamiętałem jak strzeliłem tego gola i musiałem oglądać go na powtórkach video.

A co powiesz o kibicach, patrząc na liczby to frekwencja na naszych meczach jest bardzo dobra – znacznie większa, niż przykładowo w Krakowie. Czy to ma wpływ na grę zawodnika?

To pytanie często się powtarza i każdy odpowiada, że tak, to daje kopa i motywację. Wiele osób myśli, że to tylko taki slogan, ale tak nie jest. To jest czysta prawda. Super jest jak jest głośno, jak kibice po fajnej akcji krzyczą czyjeś imię – przykładowo wczoraj “Profesor Vitek” (mecz wygrany 1-0 z GKS Katowice w dniu 13.12.2019 – przyp. red.). Tak samo jak pomoc kiedy gramy w osłabieniu i fani starają się wybić przeciwnika z rytmu. W Krakowie było bardziej rodzinnie, nie mogę też zapomnieć o tym, jak wspierali mnie w szpitalu po kontuzji. Tutaj jest ta część dopingująca żywiołowo, ale do niej często dołącza się reszta hali i robi to wrażenie oraz atmosferę. Fajne są też akcje, które sami kibice organizują, bo to też pokazuje, że im zależy.

Grasz profesjonalnie w hokeja, ale czy poza treningami i meczami masz czas i chęci na oglądanie jakichś spotkań? Masz jakąś swoją ulubioną drużynę?

Jak najbardziej oglądam mecze. Śledzę mecze SHL i Allsvenskan, staram się też oglądać mecze mojego brata, który gra obecnie w Linköping HC i w przyszłym roku będzie dostępny do wyboru w drafcie NHL. Moją ulubioną drużyną jest Djurgårdens IF, bo jestem ze Sztokholmu. Jeśli chodzi o NHL to oglądam w zależności od pory, ale jak są spotkania o 22-23 to coś sobie włączę czasem. Lubię Vegas Golden Knights, gdzie gra William Karlsson, który jest ode mnie rok starszy i trenował w tym samym klubie co ja, jak byliśmy młodzi.

A co w wolnym czasie, masz jakieś inne zainteresowania?

Od dziecka grałem na pianinie i gitarze. Teraz po kontuzji z gitarą jest trochę ciężej ze względu na rękę, ale klawisze stoją w domu i czasem coś na nich zagram. Lubię też pobawić się muzyką, miksując różne rzeczy.

Nadchodzą święta, czy masz jakieś plany w związku z nimi?

Tak, ostatni mecz gramy 22 grudnia, a następnego dnia lecę do swoich rodziców. Do Gdańska wrócę 27 grudnia i wtedy będziemy mieli dużo ciężkich treningów. Innych planów nie mam, raczej spontanicznie poza spotkaniem z rodziną i może znajomymi.

Nie pozostaje mi nic innego w takim razie niż podziękować Ci za interesującą rozmowę oraz życzyć powodzenia w nadchodzących spotkaniach.

Dzięki również!

Fot. Maciej Kołek, rozmawiał Patryk Iwaniuk